- Nie ma go w domu! I ty chcesz jeszcze z nim rozmawiać?! Nie tak go wychowaliśmy. Nauczyliśmy go szacunku do kobiet a tu co?!
Ja nie wiedząc o co im chodzi powiedziałam:
- Dowidzenia.
No i poszłam w stronę domu, rozmyślając o co im chodziło. Gdy szłam koło ,,karczmy''- obrzydliwej restauracji. Nigdy z Marcelem nie chodziliśmy tam. Uważaliśmy ją za okropną. Gdy omijałam ją zauważyłam dwóch ludzi opierających sie o ściane ,,Karczmy''. Przyjrzałam się był to chłopak, zresztą nie widziałam jego twarzy ale rozpoznałam po czapce i butach traperach. Druga zaś osoba była to typowej budowy dziewczyna. Chuda, zgrabna. Była ciekawa kto to. Nie widziałam ich twarzy. Gdy podeszłam bliżej kogo tam ujrzałam?! Marcela.
Łzy napłyneły mi do oczu. Poczułam się strasznie. Moje uczucia były rozszargane jak wtedy kiedy......kiedy...ehh....kiedy ona zmarła. Osobe którą uważałam za najbliższą tak mnie zawiodła.....poraz kolejny. Tusz spływał mi po twarzy....jeszcze ten desz, zaczynająca sie burza, ciemność.......Totalnie nie moge tego opisać. Natychmiast pobiegłam do domu wyrzucając gdzieś w trawe bransoletke która mi podarował. Weszłam do domu. Przeszłam przez korytarz do salonu. A tam moja mama leżąca pijana. Wokół niej niewypalone papierosy i dwie butelki wódki. Pomyślałam ,, o boże! czemu los mnie tak skazał nienawidze swojego życia''.
Pobiegłam na strych. Stare drzwi skrzypiały. Nie byłam tam od śmierci mojej siostry. Zawsze chowałam się tu płacząc. Usiadłam w zaprzątniętym kąciku pokoju. Widok pokoju,aura, otoczenie było przeraźliwe. Strasznie się bałam, ale nadal tam siedziałam. Jednak posunęłam się do gorszych metod niż płacz. Wstałam poszłam do łazienki po żyletke. Wróciłam do ciemnego kąta strychu. Zaczełam ciąć swoją lewą ręke. Ból był tak okropny, niedozniesienia. Nie umiem życ, nie chce, nie moge. Po tym co się stało tymbardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz